pozeczkowa

Martina, 19, Kobieta, ZimbabweOstatnio online: 19 minut temu

58667 odtworzeń od 19 I 2007 (wyzerowanie w 20 VIII 2007)

35 ulubionych utworów | 30 postów | 1 lista odtwarzania | 1 076 wiadomości

  • do znajomych
  • Wyślij wiadomość
  • Zostaw wiadomość

Twoje porównanie z użytkownikiem pozeczkowa wypada: nie wiadomo

Załatw sobie swój własny profil muzyczny

Ostatnio odsłuchane utwory

Lady PankKryzysowa narzeczona wczoraj wieczorem
Cop Shoot Copdisconnected 666 Wczoraj o 07:56
Cop Shoot CopWaiting for the Punchline Wczoraj o 07:52
Cop Shoot CopShe's Like a Shot Wczoraj o 07:48
Cop Shoot CopLow.Com.Denom. Wczoraj o 07:46
Odtwórz
RiversideBeyond The Eyelids pełny utwór Wczoraj o 07:40
Odtwórz
RiversideUltimate Trip pełny utwór Wczoraj o 07:27
Odtwórz
RiversideCybernetic Pillow pełny utwór Wczoraj o 07:22
Odtwórz
RiversideEmbryonic pełny utwór Wczoraj o 07:18
Odtwórz
RiversideThrough The Other Side pełny utwór Wczoraj o 07:14
Zobacz więcej

Shoutbox

Zostaw komentarz. Zaloguj się w Last.fm lub zarejestruj (za darmo).
Zobacz wszystkie 1 076 wiadomości

O mnie

uwielbiam mówić o sobie, opowiadać, męczyć ludzi swoim życiem. jestem beznadziejnym słuchaczem, za to ja potrzebuję publiki, która przyklaśnie po raz kolejny, kiedy zacznę opowiadać. jestem męcząca, mam ciężki charakter, mówiło się kiedyś 'na mieście', że "tą Stanicką to można albo kochać, albo nienawidzić". przez te wszystkie lata nic się nie zmieniło. kiedyś napiszę prawdziwą, długą i nudną autobiografię, którą jakiś naiwny wydawca wyda i poniesie na tym ogromne straty. i dopiero ta porażka utrze mi nosa. ale to kiedyś. trochę ponad dziewiętnaście lat temu urodziła mnie mama, bo tata nie miał czasu. byłam małym, szczęśliwym brzdącem, choć z perspektywy lat widzę, że wiele brakowało do szeroko pojętego szczęścia. wtedy jednak nie narzekałam, bo nie wiedziałam, że mogłoby być inaczej, może lepiej. większość czasu spędzałam u babć - jedna mieszkała w tym samym mieście, druga na drugim końcu kraju. ta pierwsza opiekowała się mną, kiedy rodzice mieli ciekawsze rzeczy do roboty, do tej drugiej zaś jeździłam dwa razy do roku pociągiem na dłużej - czasem miesiąc, czasem trzy. oczywiście nie jeździłam sama, bo byłam na takie podróże zdecydowanie za mała - ojciec wsiadał ze mną w pociąg, w Tczewie podawał mnie dziadkowi i wracał następnym pociągiem na brudny śląsk. pamiętam, że zawsze kochałam dworce i pociągi. uspokajał mnie terkot kół po torach, czułam się idealnie w tych długich podróżach. do dziś podróż pociągiem na drugi koniec kraju napawa mnie radością i optymizmem - nie rozumiem zupełnie, jak dla niektórych taka wyprawa może być przykrym obowiązkiem, nieprzyjemną koniecznością. prześladuje mnie Demon Ruchu, ciągnie mnie do tych torów, cudownych pociągów, mostów kolejowych. kiedyś jeszcze raz ucieknę do miasta, w którym są pociągi. pospieszne. kiedy miałam trzy lata, poszłam do przedszkola. pierwszego dnia nie dałam się przebrać w piżamę, nie chciałam zostawić tam poduszki i płakałam, że przedszkole brzydkie i więcej nie pójdę. szybko jednak o tym zapomniałam, bo jeszcze tego samego dnia opowiadałam, że jakiś chłopak wylał na spodnie kakao i że są fajne samochody. następnego dnia chętnie poszłam się bawić i nawet się nie oglądałam za rodzicami jakoś szczególnie. już wtedy prawdopodobnie wiedziałam, że przyjaciele dadzą mi w życiu więcej, niż rodzina. nie myliłam się. dzieciństwo spędziłam więc w większości w przedszkolu i szkole podstawowej, wolne chwile przed blokiem ze znajomymi z podwóka przepijając szczęściem i oranżadą ze szklanych butelek. najpierw bawiliśmy się w piaskownicy w sklep albo na ławce w dom. później otworzyli nam McDonald'sa po drugiej stronie ulicy, więc zbieraliśmy papierki po frytkach i otwieraliśmy swojego własnego, z frytkami z trawy i napojami z piasku. czasem chodziliśmy tam iprosiliśmy panie miłościwie ta pracujące o kubeczek i słomkę, po czym w łazience, zachlapując całe lustro i podłogę, robiliśmy sobie bańki mydlane z mydła i wody, słomką puszczane. kiedy trochęśmy podrośli, bawiliśmy się w chowanego, dłubaliśmy słonecznik na ławce, graliśmy w palanta za blokiem albo w plansywki na kocu. rozgrywki w Monopoly zawsze wychodziły mi dobrze, nie ma to tamto. do dziś jestem niepokonana w tym lekko wirtualnym rządzeniu pieniędzmi i nieruchomościami. od wczesnego dzieciństwa do późnego młodziaństwa ulubioną naszą rozrywką było irytowanie jednej sąsiadki, która jest wieczna. jeden z moich sąsiadów, starszy ode mnie o jakieś trzydzieści lat, wspominał, że kiedy był dzieckiem, również jego ulubioną rozrywką to było. moja dziesięć lat młodsza siostra z koleżankami robiły dokładnie to samo. pokolenie dzieci, które teraz jest dziećmi, nadal to praktykuje. przykro się robi człowiekowi, że taka legenda jednak w końcu kiedyś odejdzie i następnym dzieciom będzie można tylko o niej opowiadać, jak biegała za nami z wałkiem do ciasta w swoim kwiecistym fartuchu, albo jaką mieliśmy frajdę, kiedy przez okno darła się po nas, żebyśmy sobie poszli siedzieć pod swoimi oknami, a wtedy ja, dumna z siebie, mogłam odpowiedzieć, że przecież jestem pod swoim oknem. nie kłamałam - owa legenda mieszka drzwi w drzwi obok mnie. były sytuacje, w których rzucała przez okno ziemniakami, były sytuacje, że chodziła na policję poskarżyć się na nas - a przecież dzieci się tylko bawią. myślę, że dostarczało jej to tak samo dużo rozrywki w życiu, jak i nam i że w gruncie rzeczy bez nas jej życie nie byłoby tak na swój sposób radosne. najbardziej chyba reagowała, kiedy żeśmy piszczeli na placu zabaw. był sąsiad, Marcin, 4 czy 5 lat starszy od nas, po którego biegaliśmy z prośbą, żeby zszedł nas pokręcić na karuzeli. wielki Marcin czasem łaskawie się na to zgadzał, schodził do nas ze swojego czwartego piętra, kręcił nami tak, że byliśmy o włos od śmierci, a przynajmniej tak nam się wydawało, więc darliśmy mordy ile wlezie, tym samym wywabiając ze swej kryjówki naszą nieśmiertelną Stasię w kwiecistym fartuchu. ten sam Marcin dziś nie jest od nas aż o tyle starszy, granica gdzieś się zatarła i żadne z nas nie odczuwa już takiego wielkiego respektu do niego - teraz, widząc go na kasie w supermarkecie, mówi się 'hej, kiedy idziemy na piwo?', a nie 'hej, może mógłbyś zejść i pokręcić nas?' ^^. ten sam plac zabaw, na którym stała karuzela, oferował nam również dwie metalowe huśtawki, z których jedna podbiła mi oko w przededniu mojego występu w głównej roli kobiecej w przedstawieniu przedszkolnym o Jasiu i Małgosi. to nie było miłe. ten sam plac zabaw został zresztą zrównany z ziemią i zamieniony na dwie drewniane ławki z widokiem na pusty kawałek przestrzeni, którą zaczęliśmy wykorzystywać jako boisko do gry w palanta, bo już byliśmy na tyle wyrośnięci, że piaskownica, karuzela i huśtawki nie były nam do szczęścia potrzebne. kilka tygodni temu zniknęły również ławki. w tej chwili nie ma tam nic poza trawą, a dzieci muszą się bawić na trzepaku pod śmietnikiem albo iść gdzieś dalej, ale na "gdzieś dalej" raczej często nie zgadzają się rodzice. no cóż - z biegiem czasu mniej czasu spędzało się z przyjaciółmi z podwórka, zaczęliśmy rozchodzić się w różnych kierunkach - nie potrafiłam już aż tak dobrze dogadywać się z kimś, kto poszedł w stronę solarium i dyskotek, podczas gdy ja poszłam w muzykę alternatywną, koncerty i zawartość szafy w jednym tylko kolorze - bynajmniej nie różowym. został sentyment, że jako dzieciaki się uwielbialiśmy i nie było żadnej różnicy, czy ktoś jest biedny czy bogaty, czy ma ojca prawnika czy alkoholika, czy lubi hip hop czy disco polo, czy chodzi do kościoła czy nie.. później dopiero to wszystko zaczęło się, nie wiedzieć dlaczego i po co, liczyć. skończyłam z dobrymi wynikami podstawówkę, poszłam do gimnazjum, zaczęłam interesować się facetami, opuściłam się w nauce, zaczęłam chodzić na wagary, zbuntowałam się, zrobiłam sobie dready, gdzieś tam po drodze rodzice mi się rozwiedli i zostałam tylko z matką i siostrą. matka nigdy nie interesowała się mną jakoś szczególnie. od dziecka zazdrościłam dziewczynom, które mogły z matką porozmawiać jak z najlepszą przyjaciółką, wyjść z nią do kina czy na zakupy. ja nie mogłam, więc zajmowałam się sobą sama, zajmowali się mną znajomi, zajmowało mnie tanie wino pite w parkach. odkąd ojciec wyprowadził się do swojej drugiej żony, złapałam z nim lepszy kontakt. widywaliśmy się średnio trzy do czterech dni w miesiącu, więc nie mieliśmy okazji się na siebie wzajemnie wkurwiać - było dobrze. później w pewnym momencie wyjechał z kraju i po paru tygodniach ślad po nim zaginął. matka była wkurwiona, bo nie przysyłał alimentów na mnie i moją siostrę, ja byłam wkurwiona, bo nie mogłam z matką wytrzymać momentami, a do ojca nie miałam jak iść, bo go nie było, a na każdym kroku słyszałam złośliwe, ironiczne "idź sobie do tatusia". któregoś pięknego dnia, w lutym 2008 roku usłyszałam o ten jeden raz za dużo "jak ci się nie podoba, to się spakuj i wypierdalaj". piętnaście minut później matka stanęła w drzwiach mojego pokoju zdziwiona - "co ty robisz?" - "pakuję się i wypierdalam". usłyszałam wykład, że jak wyjdę, to nie mam po co wracać, spojrzałam z tą swoją wrodzoną wyższością znad okularów i odparłam, że jakbym zamierzała wracać, tobym nie pakowała książek, listów i płyt, tylko wzięłabym koszulkę i bieliznę na zmianę i poszłabym do kogoś na dwa czy trzy dni. skoro już wzięłam się za pakowanie wszystkiego, to chyba nie po to, żeby za chwilę to rozpakowywać z powrotem, hm? spędziłam dwa dni u przyjaciółki dwie ulice dalej, następnego dnia już siedziałam w pociągu do Poznania. w Poznaniu była druga przyjaciółka, która wyprowadziła się może z pół roku wcześniej ode mnie i mieszkała tam ze swoim ówczesnym chłopakiem. nie miałam grosza przy duszy ani absolutnie żadnych perspektyw, ale przygarnęli mnie do swojego ciasnego pokoiku i pozwolili jakoś wystartować. mieszkaliśmy razem w sumie dość długo, bo ponad pół roku, z tym, że po dwóch miesiącach zmieniliśmy ciasny pokoik w domku na zadupiu z przydziałem dwunastu osób na jedną kuchnię i jedną łazienkę na dwupokojowe mieszkanie w centrum. miałam ledwie siedemnaście lat, nie miałam szans na normalną pracę na umowę, więc łapałam się czego się dało - od rozdawania ulotek szkoły językowej, przez opiekowanie się dziećmi i wykładanie towaru hipermarkecie do robienia lodów w budce przy deptaku. byłam też przez krótki czas barmanką - nie będąc pełnoletnią i nie mogąc pić piwa, sprzedawałam je. nie było mi lekko, ale dużo pomagał mi mój ówczesny mężczyzna mojego życia, który przyjechał za mną do Poznania po kilku miesiącach życia na odległość, mieszkał ze mną i wspólnie jakoś brnęliśmy przez to niewdzięczne życie. nasz związek rozpadł się w grudniu po prawie dwóch latach burzliwego, ale szczęśliwego związku. on wrócił na śląsk do matki, ja zostałam w Poznaniu. dostałam stałą pracę, znalazłam sobie świetną współlokatorkę i jakoś kulałam się dalej. pokochałam moją pracę jak nic innego na świecie - robienie hamburgerów przysparza mi do teraz tyle radości, że sama po sobie nigdy bym się tego nie spodziewała. druga sprawa, że zawsze byłam cholernym leniuchem, a teraz wolę zapierdalać niż się opierdalać. kiedy wracam do domu z pracy zmęczona, jestem zadowolona, bo czuję, że coś robiłam. że nie stałam bezużytecznie byle tylko natrzaskać sobie godzinek do etatu. w McDonaldsie w Poznaniu przy Hetmańskiej przepracowałam wspaniałych osiem miesięcy. poznałam dziesiątki rewelacyjnych ludzi i obsłużyłam tysiące gości - wracałam do domu z uśmiechem, żeby rano wstać z jeszcze większym i z wieczną chęcią do pracy. gdyby nie ta praca, nigdy nie miałabym okazji pić wódki z kubeczków od espresso czy łowić ryb na papierową wędkę. takie doświadczenia dają mnóstwo radości i rozrzewnieniem można powspominać przy herbacie jakie szczęśliwe i beztroskie było taie studenckie życie, mimo nieskończonej szkoły średniej. przez chwilę chodziłam na zajęcia do zaocznego liceum, ale nie podołałam - pewnie spróbuję znowu, bo zdaję sobie sprawę, że bez magistra jest się praktycznie nikim, ale bez matury właściwie nie ma się po co żyć. na razie jestem jeszcze piękna i młoda, ale za parę lat już byłoby mi wstyd móc pochwalić się tylko i wyłącznie wykształceniem gimnazjalnym. w Poznaniu mieszkałam w sumie półtora roku, po czym zdecydowałam się wrócić na śląsk. matka z moją siostrą oraz ze swoim nowym mężem wyprowadziła się do Wielkiej Brytanii, tam urodziła mu dziecko. tutaj zostało puste, ładnie urządzone mieszkanie, w którym jestem zameldowana. mam dla siebie dwa pokoje i nie muszę nikomu dopłacać za to, że żyję. obowiązuje mnie tylko czynsz administracyjny i rachunki bieżące, wychodzi mnie to w sumie tyle samo, co za pół pokoju w Poznaniu i wiecznie zajętą łazienkę. ogólnie wychodzę na tym trochę gorzej, ale teraz jest już za późno na zmianę decyzji, bo mieszkanie i praca w Poznaniu bezpowrotnie przepadła więc na razie pozostaje mi próbować wyjść na prostą i kochać życie. pracuję w barze kibiców miejskiego klubu sportowego, leję piwo, wdycham dym papierosowy (którego nie znoszę), gram w lotki, czasem ich ropieszczam i włączam im płytę Honoru. spędzam całe dnie na uśmiechaniu się, pierwszy raz w życiu mam pracę, w której przede wszystkim dobrze się bawię. nigdy nie byłam zwolenniczką siedzenia w barach, ale to całkiem fajne zajęcie - kiedy dodatkowo płacą mi za to, czemu nie? ;) w dalszym ciągu kocham bańki mydlane, wesołe miasteczka, skakanie do kałuż, wchodzenie do fontann i do morza nawet w zimie. wciąż chętnie kładę się w trawie i gapię się w niebo. co roku czekam na lipiec, żeby spędzić tydzień naszpikowany po brzegi radością w Lubiążu. mimo wszystko staram się znaleźć trochę radości w tym cholernym dorosłym życiu. czuję się strasznie staro, jak taka trzydziestka po przejściach, a nie mam jeszcze nawet dwudziestu. kogo to obchodzi?

Ostatnia aktywność

Wydarzenia

Dodaj wydarzenie Zobacz więcej