Poleć

Fuck Off? oh no!

28 VIII 2008, 21:01

Pia 8 VIII – OFF FESTIVAL 2008



W Mysłowicach powitała nas piękna pogoda, lecz wisząca duchota w powietrzu mogła wskazywać na to, że deszcz lunie na pewno. I tak się stało. Do miasteczka dotarliśmy na 17.30 i koncert Lutosphere czyli kolejny z projektów Leszka Możdżera. Zasłużenie nazwisko to jest wabikiem wszelkiego rodzaju festiwali. Założony razem z panami Andrzejem Bauer’em i Buniem projekt Lutosphere powiązany i oparty jest na twórczości Witolda Lutosławskiego. Kiedy muzyka na dobre zaczynała się rozkręcać jedynie niebu coś przeszkadzało i wysłało chmury by zlały się i przegoniły towarzystwo. Choć uczta była bardzo interesująca, uciekłem. Jednakże część publiczności została i nagradzała za pomysły donośnymi owacjami. I tak padało do około godziny 20. To natomiast doprowadziło do tego, że mój prawy dziurawy but dopadła wilgoć nieprzeciętnie irytująca co trwało już do końca czyli do godziny 4 nad ranem kiedy to położyłem się w namiocie.
W momencie ciągłego skraplania nas z góry większość skupiła się albo na koncercie Much w namiocie ofensywy albo pod parasolami Lecha sponsorującego festiwal. Deszczu tak irytował, że wybraliśmy tę drugą opcję i dotarliśmy dopiero na 20.40 na zespół Clinic. Panów z Liverpoolu znaliśmy już dłuższy czas. Moimi ulubionymi płytami są: Internal Wrangler oraz Walking With Thee. Z nich też panowie w założonych na twarze charakterystycznych dla siebie maskach „klinicznych” zagrali kilka numerów. Koncert zespołu, który chciałem zobaczyć na żywo już jakiś czas wypadł dobrze. Były momenty fajne jak i taki Clinic jakiego lubię i szanuję więc nie ma co narzekać. Jednakże wydawało mi się, że gdyby nagłośnienie było donioślejsze mógłbym popaść w ten dźwięk jeszcze mocniej i nieco bardziej zwariować.
Po tym koncercie wbiliśmy się na chwilę do Ofensywnego namiotu na Dicków. Grali fajnie jak to oni potrafią, ale ostatnio widziałem ich w Trójce, później podczas Święta Kina Niemego grali muzykę do filmu Maciste w piekle i jakoś nie miałem ochoty zbyt długo tam siedzieć. Poza tym pani Ania Gacek zapowiedziała koncert histerycznie popiskując co zabrzmiało tak, że przez chwile nie wiedziałem gdzie jestem i co robię w tym miejscu. Dobrze, że cała reszta dziewczyn nie zaczęła piszczeć bo bym wyciągnął tomahawk.
Oj przypomniało mi się, że przecież przed Clinic poszliśmy zobaczyć ten twór nazwany Of Montreal. Zapomniałem pewnie o tym ponieważ tego koncertu nie było. On się nie odbył. Wolę tak to pamiętać niż myśleć, że Artur Rojek czasem potrafi strzelić sobie kulkę w łeb (a czy on sobie nie strzelił w jednej piosence swojego zespołu?) i zaprosić tak słabe „coś” na festiwal. Jak dla mnie to beznadzieja i dalej o tym zapominam.
Jakoś w połowie Dicków zaczęliśmy przenosić się na Scenę Structura Experimental gdzie zagrać miał duet Kammerflimmer Kollektief. Tak w ogóle to decyzję wyjazdu na Off podjąłem właśnie w momencie kiedy dowiedziałem się, że przyjedzie ten właśnie zespół. Moje oczekiwania więc były wysokie. w tej małej salce nie dało się oddychać, parówa była prawie nie do zniesienia i ciągle wchodziły kolejne osoby. Okazało się, że jednak przy takiej muzyce wszystko jest do wytrzymania poza ciągle gadającymi ludźmi, którzy nie rozumieją, że na scenie odbywa się spektakl, i że każdy szmer jest co najmniej irytujący. Nie szanują ani artysty ani odbiorcy. Przecież nikt nikomu nie kazał tam stać. Znam sześć płyt Kammerflimmer Kollektief, ostatnia z nich Jinx nagrana w 2007 roku jest dla mnie pewnego rodzaju klimatycznym mistrzostwem. Po koncercie natomiast stwierdziłem, że po prostu kocham tę muzykę i taki klimat.
Po tej uczcie ponownie uderzyliśmy na scenę leśną ponieważ tam za chwilę miał zacząć się niejaki Caribou. Pod tą nazwą ukrywa się pan Dan Snaith. Kanadyjski multiinstrumentalista znany wcześniej jako Manitoba. Powołał on koncertowy skład, z którym przedstawia swoją muzykę na żywo. Występ Caribou był fantastyczny, dużą rolę odegrała rytmika zwłaszcza w momentach kiedy używane były dwie perkusje. Podoba mi się to, że w Caribou jest coś niespotykanego, taka niewytłumaczalna energia, którą mi przekazali. Uważam również, że na żywo projekt zaprezentował się atrakcyjniej niż na płytach.
Po nich pozostało już tylko czekanie na Mogwai. Rewelacyjna była wiadomość o przyjeździe zespołu z Glasgow, który zaliczam do czołówki tych zespołów nie widzianych przeze mnie jeszcze na żywo. Poza pierwszymi czterema utworami podczas, których nagłośnienie zalatywało bzdetem było już wszystko w porządku. Przeniosłem się w falę dźwięków i tak pozostało do końca. Z zamkniętymi powiekami, prawie w konwulsjach przeżyłem ten występ a po nim długo długo wracałem do rzeczywistości. Właśnie na takie koncerty czekam.
Po Szkotach chwilę postaliśmy na Waglewskich. Widziałem ich koncert na zamknięcie festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie więc nie wzbudzała we mnie ta chwila większych emocji. Przenieśliśmy się jeszcze na Dat Politics ale zmęczenie dało do zrozumienia by po chwili wycofać się na błotniste pole namiotowe.
Drugi dzień zacząłem dopiero od Menomeny. Było ciekawie choć bez większej rewelacji. Pod koniec koncertu uciekłem z festiwalu na 2 godziny. Jakoś nie chciało mi się już brać udziału w tym maratonie. Wróciłem dopiero na Jamesa Chance’a, który swym występem na scenie leśnej uradował mnie i to bardzo. Chciałbym mieć tyle siły i werwy w takim wieku. Poza tym chyba każdy mógłby pozazdrościć Jamesowi polotu i to nie tylko scenicznego. Na scenie poza perkusistą i basistą był jeszcze niezrównany gitarzysta, który po prostu wymiatał a nie grał. Występ ten był wypasiony na maksa, kolokwialnie tu trzaskając.
Ponieważ Lao Che już też kiedyś widziałem odpuściłem sobie ich występ i czekałem już tylko na Homoxynoromaturalny projekt L.U.C.ka i Rahima. Widziałem ich już w Warszawskim teatrze na Woli, widziałem ich również w plenerze i mimo to a może właśnie również dlatego bardzo chciałem zobaczyć, usłyszeć ich jeszcze raz. Mimo wszystko koncert był inny niż te, które miałem możliwość zobaczyć i to mnie cieszy. Nie ma się co rozpisywać - album ten jest rewelacyjny i tak samo brzmi na żywo. Fajnie że wystąpili również tutaj.
Po koncercie wszedłem jeszcze na chwile do namiotu ofensywy na Maxa Tundre. Zabawny typ z niego i chyba tyle, tylko tyle ponieważ płyty Maxa raczej nigdy sam sobie do posłuchania nie włączę.
Kilku wykonawców nie zobaczyłem ale co za dużo to nie zdrowo. Zastanawia mnie tylko dlaczego na tym festiwalu wystąpił Hey oraz Izrael jak również to dlaczego na dużej scenie zagrały te a nie inne zespoły ponieważ według mnie poza Mogwaiem nic szczególnego na niej się nie wydarzyło. Organizatorzy na pewno mogą zaliczyć festiwal do udanych a ja czekam na jego następną edycję.

Komentarze