Zacznijmy od początku. A początkiem było moje zawitanie w pociągu relacji Warszawa-Kraków, dokładnie w Katowicach. Tam czekała już Maja z wyposażeniem, dżę dobry czeźdż kochanie, zaczynamy bibkę.
Po sympatycznej podróży dotarłyśmy do niesympatycznego Krakowa, szukać (jak się potem okazało) sympatycznego Benjiego aka Michała (zapomnijcie o tym imieniu, podczas całego pobytu może ze dwa razy się tak do niego zwróciłyśmy). No ok, pominę szukanie toalet, które w Krakowie czynne są dopiero od godziny dziewiątej, a jak komuś się zachce przed, to ma problem. Jakis cudem Benjiego znalazłyśmy. Następnie szukaliśmy jakiegoś środku transportu, zresztą szukanie środków transportu to była bardzo istotna część całego wyjazdu.
Taryfą dotarliśmy do naszego mieszkania, piątre piętro bez windy, welcome in tha candy shop. Mieszkanko przyjemne, przestronne, fajny balkonik, bez rewelacji, ale sympatycznie. Ogarnęliśmy cały stuff, odpoczęliśmy odpoczęliśmy ruszyliśmy na Coke Live Music Festiwal
Dzień Pierwszy .
Przede wszystkim stres. No, przynajmniej z mojej strony. Perspektywa zobaczenia na scenie człowieka, na którego czekałam od dziecka, denerwowała mnie, powodowała ogromne niedowierzanie, odbierała mowę (choć na bardzo krótko LOL). Ale do rzeczy. Sms od Pauliny: 'Karczek jest scenie! <3'. Zawał. Raz, dwa, bony kupione, w nogi, bitchez. Dolecieliśmy pod barierki. Na scenie stał sam Timbaland w koszulce z napisem KING (o jakże adekwatne, o jakże jakże jakże) i przeprowadzał próbę, rozgrzewając przy okazji tę garstkę publiki, którym udało się przybyć wcześniej. To było jak sen. Coś tam pogrywał z 4 Minutes, coś z Give it 2 me ('yoooooo put your hands up, cuz when Timbo is In the party everybody put up the hands!') uśmiechał się, chodził po scenie, gadał do nas, nie zważając na to, że występ ma dopiero za parę godzin. Udowodnił swoją klasę i pokazał, że można być jednocześnie gwiazdą największego formatu i świetnym człowiekiem – nie siedział zamknięty w garderobie do samego końca popijając szampana, wyszedł do nas, pokazał się publice, było oczywiste, że koncert będzie wspaniałym przeżyciem.
Hurt

Największa porażka polskiej sceny muzycznej, której na szczęście oglądać nie musiałam. Słuchać niestety już tak. Spędziłyśmy upojną godzinę, czy tam ponad, z bardzo miłym sanitariuszem w bardzo sympatycznym namiocie na sympatycznej ceracie przy absolutnie niesympatycznych dźwiękach Hurtu. ('Nie ma mamy nie ma mamy nie ma mamy'). Zaorajcie ten zespół i nie pytajcie dlaczego.
Potem był wypad do Reala, hell je.
Kaiser Chiefs

Czyli prawie-barierki. Koncert bardzo dobry, kontakt w publiką w porządku, w sumie nic więcej więcej stanie powiedzieć nie jestem. Podobało mi się, ot co. Momentami troszeczkę się nudziłam, momentami byłam wniebowzięta. Ogólnie na plus.
TIMOTHY MOSLEY AKA TIMBALAND THE KING

Siostro, tlen! I co ja mam, cholera jasna, napisać? Że czułam się, jakby ktoś podarował mi najpiękniejszy prezent jaki mogłam sobie wyobrazić? Że kiedy Timbo dotknął mojej ręki to czułam się, jakby jakaś niewyobrażalna energia przeszła przez moje ciało?
Przede wszystkim pardon bithez, nie rozumiem krytyki. Gadanie, że Tim nawijał z playbacku świadczy albo o nierozróżnianiu śpiewania na żywo od playbacku, albo o zawiści, zazdrości, jakimś szczególnym rasizmu na tle muzycznym? I don’t know. Timbaland nie jest piosenkarzem. Nie jest nawet do końca raperem. Jest producentem, to dalo mu największy rozgłos, szacunek, prestiż. Pokazał kawalek swojej muzyki. To nieprawda, że tylko sobie chodził po scenie i coś tam stękał do mikrofonu. Miał rewelacyjny kontakt z publiką, rozgrzewał tłumy, nawet najbardziej oporni w końcu ulegli (żeby po przyjściu do domu napisać, że koncert był chujowy i nigdy się takiej chałtury nie naoglądali, tak, wiemy). Jednym słowem, 2 man show. Bo nie zapominajmy o DJ-u. PARDON! 3 man show. Bo jeszcze był Sebastian. Totalnie zignorowany przez krakowską publiczność, wstydźcie się! Młodsze rodzeństwo timbalandowe dwoiło się i troiło żeby pokazać się w dobrym świetle. I pokazało się. Szczuplejsza i skromniejsza wersja Tymoteusza nadrabiała brakujące wersy w piosenkach, kiedy Tim aka King lansował się krakowskiej publiczności. Brawa dla niego więc.
Nie jestem w stanie opisać emocji, które targały mną na koncercie. Wiem tylko, że moment kulminacyjny przyszedł wraz z tributem dla jednej z moich ukochanych artystek. Tak, to, że koncert odbył się na trzy dni przed rocznicą tragicznej śmierci Aaliyah, tylko spotęgowało doznania i bolesność tego faktu. Lecące z głośników Are You That Somebody (tylko szkoda, że prawie nikt nie znał tekstu), i te piękne słowa, słowa ... BabyGirl, i hope U watched this.
Następnie były fajerwerki, bardzo efektowne zresztą (i bardzo śmierdziało a ja prawie nic nie widziałam bo miałam oczy zalane łzami). Master opuścił scenę. Obiecał, że wróci. I ja go za słowo trzymam. Jeżeli nie w tym roku, to na pewno w przyszłym, lub za dwa lata. Wróci. I ja tam znowu będę. Znowu pod barierkami. I znowu będę to przeżywać. Lots of love, Timbo.
Koncertowo na pierwszy dzień koniec. Potem wracaliśmy przez jakieś wertepy na autobus nocny. Organizacja dała dupy, fakt. Ale kto by się tym przejmował?
Powrót do domu jakoś się zorganizował, byliśmy raczej zmęczeni, śpiący itd. No, nie dane było nam spać, bo pewna osa (może to jednak była Frania?) wyleciała spod poduszki i capnęła mnie w rękę. Żeby było śmieszniej, jestem uczulona. A więc pogotowie, okropni sanitariusze, szpital, pani jest nieletnia, pani na pewno zażywała narkotyki, blebleble. Koszmar ciągnący się do ósmej rano. Przecież kto powiedział, że będzie idealnie. Mniejsza z tym jednak.
Dzień drugi
A więc jeszcze bardziej zmęczeni i niewyspani. Postanowiliśmy przybyć na teren festiwalu później, bo zaspaliśmy pierwszy autobus.
Tłoku jednak nie było, zresztą dzień drugi potraktowaliśmy bardziej na lajcie. Poszliśmy się napić zasłużonego piwa, poznaliśmy paru bardzo ciekawych ludzi (pozdrowienia dla Patrycji z Trzebini aka Missy jest za-je-bis-ta). Jezus zamówił sosage. A ja chyba się jednym piwem najebałam.
Marika

Chujnia troszkę. Troszkę? Wytrzymaliśmy trzy piosenki. Tzn., przepraszam, tjuny, bo Marika nie grała piosenek, tylko tjuny. Tjuny nudne i z deczunia beznadziejne, a szkoda, bo laska ładna, ma jakiśtam pomysł na siebie, głos też całkiem całkiem. Śpiewanie cudzych piosenek zdecydowanie lepiej jej wychodzi (patrz: Rehab) . I znowu sobie poszliśmy.
Sean Paul

Co za energia, shit! Takiego dobrego koncertu dawno widziałam, bawiłam się rewelacyjnie, Sean dał świetne show, rozkręcił się masowy dancehall, było rewelacyjnie. Jakimś cudem z samego końca dopchałyśmy się znów pod barierki. Poza tym, fuck! Perkusista Seana po koncercie podał nam rękę! A DJ przesyłał buziaczki :>
ARE YOU READY FOR MISSY MISDEMEANOR ELLIOTT? – krzyknął w którymś momencie Sean. Yes, bitch, we are ready.
Missy Elliott

Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że kocham ją nade wszystko. Że muzyka jej i Timbalanda to soundtrack mojego życia. Że czekałam na nią z wypiekami na twarzy. Ale mogę też przyznać, że niestety, zawiodła mnie. Piękne podczas tego koncertu były niestety tylko momenty. Momenty to mogą serwować Kaiser Chiefs, a Missy jest zajebista od początku do końca i czekałam na coś zajebistego od początku do końca. Niestety. Missy była chora, coś tam pogadala, trzy razy zaczynała tę samą piosenkę, przebierała się, piła wodę (?), znowu gadała, znowu coś tam puściła, znowu gadała. Najbardziej wkurwił mnie fakt, że kiedy już zaczynała piosenkę, to dojeżdżała góra do pierwszej zwrotki i kończyła. Missy, what’s wrong? Oczywiście, że zobaczenie jej na własne oczy było niezwykłym przeżyciem. Oczywiście, że wszystkie teksty wywrzeszczeliśmy z Kamilem najgłośniej z publiki. Oczywiście, że się wzruszyłam – chociażby wtedy, kiedy z głośników znów popłynął anielski glos Aaliyah. Oczywiście, że słodkie i urocze było, kiedy Melisa usiłowała powiedzieć ‘siema’, czy ‘złoty’, a publika dzielnie jej pomagała. Oczywiście, że Missy to królowa hip-hopu i nawet gdyby tylko wyszła na scenę i pierdła, to nic by tego faktu nie zmieniła. Liczę na jej koncert w Polsce, może kiedy będzie w lepszej formie, to da nam to, na co jako fani zasłużyliśmy. Ach. I brawa dla tancerzy. Byli niesamowici. Tylko, że ja nie przyszłam na pokaz tańca.
Prodigy
Niestety, opuściłam ten koncert, chociaż bardzo lubię twórczość panów z P.
Podsumowując, muzycznie wielkie plus, dziękujemy za fajerwerki, wkurzamy się za brak autobusów nocnych, pozdrawiamy kołkowych sanitariuszy.
Z tego miejsca jeszcze raz ogromne podziękowania dla mojej Mai, Jezusa Sosage aka Benjiego, Andrzeja, Pauliny, Kamila, Beatki, Michaela, Ilony, Gosi, Kasi i wszystkich niezwykłych sympatycznych ludzi, których Czarny Bóg postawił nam na drodze. To był wyjazd mojego życia, lepiej być nie mogło.
Cheers.
Po sympatycznej podróży dotarłyśmy do niesympatycznego Krakowa, szukać (jak się potem okazało) sympatycznego Benjiego aka Michała (zapomnijcie o tym imieniu, podczas całego pobytu może ze dwa razy się tak do niego zwróciłyśmy). No ok, pominę szukanie toalet, które w Krakowie czynne są dopiero od godziny dziewiątej, a jak komuś się zachce przed, to ma problem. Jakis cudem Benjiego znalazłyśmy. Następnie szukaliśmy jakiegoś środku transportu, zresztą szukanie środków transportu to była bardzo istotna część całego wyjazdu.
Taryfą dotarliśmy do naszego mieszkania, piątre piętro bez windy, welcome in tha candy shop. Mieszkanko przyjemne, przestronne, fajny balkonik, bez rewelacji, ale sympatycznie. Ogarnęliśmy cały stuff, odpoczęliśmy odpoczęliśmy ruszyliśmy na Coke Live Music Festiwal
Dzień Pierwszy .
Przede wszystkim stres. No, przynajmniej z mojej strony. Perspektywa zobaczenia na scenie człowieka, na którego czekałam od dziecka, denerwowała mnie, powodowała ogromne niedowierzanie, odbierała mowę (choć na bardzo krótko LOL). Ale do rzeczy. Sms od Pauliny: 'Karczek jest scenie! <3'. Zawał. Raz, dwa, bony kupione, w nogi, bitchez. Dolecieliśmy pod barierki. Na scenie stał sam Timbaland w koszulce z napisem KING (o jakże adekwatne, o jakże jakże jakże) i przeprowadzał próbę, rozgrzewając przy okazji tę garstkę publiki, którym udało się przybyć wcześniej. To było jak sen. Coś tam pogrywał z 4 Minutes, coś z Give it 2 me ('yoooooo put your hands up, cuz when Timbo is In the party everybody put up the hands!') uśmiechał się, chodził po scenie, gadał do nas, nie zważając na to, że występ ma dopiero za parę godzin. Udowodnił swoją klasę i pokazał, że można być jednocześnie gwiazdą największego formatu i świetnym człowiekiem – nie siedział zamknięty w garderobie do samego końca popijając szampana, wyszedł do nas, pokazał się publice, było oczywiste, że koncert będzie wspaniałym przeżyciem.
Hurt

Największa porażka polskiej sceny muzycznej, której na szczęście oglądać nie musiałam. Słuchać niestety już tak. Spędziłyśmy upojną godzinę, czy tam ponad, z bardzo miłym sanitariuszem w bardzo sympatycznym namiocie na sympatycznej ceracie przy absolutnie niesympatycznych dźwiękach Hurtu. ('Nie ma mamy nie ma mamy nie ma mamy'). Zaorajcie ten zespół i nie pytajcie dlaczego.
Potem był wypad do Reala, hell je.
Kaiser Chiefs

Czyli prawie-barierki. Koncert bardzo dobry, kontakt w publiką w porządku, w sumie nic więcej więcej stanie powiedzieć nie jestem. Podobało mi się, ot co. Momentami troszeczkę się nudziłam, momentami byłam wniebowzięta. Ogólnie na plus.
TIMOTHY MOSLEY AKA TIMBALAND THE KING

Siostro, tlen! I co ja mam, cholera jasna, napisać? Że czułam się, jakby ktoś podarował mi najpiękniejszy prezent jaki mogłam sobie wyobrazić? Że kiedy Timbo dotknął mojej ręki to czułam się, jakby jakaś niewyobrażalna energia przeszła przez moje ciało?
Przede wszystkim pardon bithez, nie rozumiem krytyki. Gadanie, że Tim nawijał z playbacku świadczy albo o nierozróżnianiu śpiewania na żywo od playbacku, albo o zawiści, zazdrości, jakimś szczególnym rasizmu na tle muzycznym? I don’t know. Timbaland nie jest piosenkarzem. Nie jest nawet do końca raperem. Jest producentem, to dalo mu największy rozgłos, szacunek, prestiż. Pokazał kawalek swojej muzyki. To nieprawda, że tylko sobie chodził po scenie i coś tam stękał do mikrofonu. Miał rewelacyjny kontakt z publiką, rozgrzewał tłumy, nawet najbardziej oporni w końcu ulegli (żeby po przyjściu do domu napisać, że koncert był chujowy i nigdy się takiej chałtury nie naoglądali, tak, wiemy). Jednym słowem, 2 man show. Bo nie zapominajmy o DJ-u. PARDON! 3 man show. Bo jeszcze był Sebastian. Totalnie zignorowany przez krakowską publiczność, wstydźcie się! Młodsze rodzeństwo timbalandowe dwoiło się i troiło żeby pokazać się w dobrym świetle. I pokazało się. Szczuplejsza i skromniejsza wersja Tymoteusza nadrabiała brakujące wersy w piosenkach, kiedy Tim aka King lansował się krakowskiej publiczności. Brawa dla niego więc.
Nie jestem w stanie opisać emocji, które targały mną na koncercie. Wiem tylko, że moment kulminacyjny przyszedł wraz z tributem dla jednej z moich ukochanych artystek. Tak, to, że koncert odbył się na trzy dni przed rocznicą tragicznej śmierci Aaliyah, tylko spotęgowało doznania i bolesność tego faktu. Lecące z głośników Are You That Somebody (tylko szkoda, że prawie nikt nie znał tekstu), i te piękne słowa, słowa ... BabyGirl, i hope U watched this.
Następnie były fajerwerki, bardzo efektowne zresztą (i bardzo śmierdziało a ja prawie nic nie widziałam bo miałam oczy zalane łzami). Master opuścił scenę. Obiecał, że wróci. I ja go za słowo trzymam. Jeżeli nie w tym roku, to na pewno w przyszłym, lub za dwa lata. Wróci. I ja tam znowu będę. Znowu pod barierkami. I znowu będę to przeżywać. Lots of love, Timbo.
Koncertowo na pierwszy dzień koniec. Potem wracaliśmy przez jakieś wertepy na autobus nocny. Organizacja dała dupy, fakt. Ale kto by się tym przejmował?
Powrót do domu jakoś się zorganizował, byliśmy raczej zmęczeni, śpiący itd. No, nie dane było nam spać, bo pewna osa (może to jednak była Frania?) wyleciała spod poduszki i capnęła mnie w rękę. Żeby było śmieszniej, jestem uczulona. A więc pogotowie, okropni sanitariusze, szpital, pani jest nieletnia, pani na pewno zażywała narkotyki, blebleble. Koszmar ciągnący się do ósmej rano. Przecież kto powiedział, że będzie idealnie. Mniejsza z tym jednak.
Dzień drugi
A więc jeszcze bardziej zmęczeni i niewyspani. Postanowiliśmy przybyć na teren festiwalu później, bo zaspaliśmy pierwszy autobus.
Tłoku jednak nie było, zresztą dzień drugi potraktowaliśmy bardziej na lajcie. Poszliśmy się napić zasłużonego piwa, poznaliśmy paru bardzo ciekawych ludzi (pozdrowienia dla Patrycji z Trzebini aka Missy jest za-je-bis-ta). Jezus zamówił sosage. A ja chyba się jednym piwem najebałam.
Marika

Chujnia troszkę. Troszkę? Wytrzymaliśmy trzy piosenki. Tzn., przepraszam, tjuny, bo Marika nie grała piosenek, tylko tjuny. Tjuny nudne i z deczunia beznadziejne, a szkoda, bo laska ładna, ma jakiśtam pomysł na siebie, głos też całkiem całkiem. Śpiewanie cudzych piosenek zdecydowanie lepiej jej wychodzi (patrz: Rehab) . I znowu sobie poszliśmy.
Sean Paul

Co za energia, shit! Takiego dobrego koncertu dawno widziałam, bawiłam się rewelacyjnie, Sean dał świetne show, rozkręcił się masowy dancehall, było rewelacyjnie. Jakimś cudem z samego końca dopchałyśmy się znów pod barierki. Poza tym, fuck! Perkusista Seana po koncercie podał nam rękę! A DJ przesyłał buziaczki :>
ARE YOU READY FOR MISSY MISDEMEANOR ELLIOTT? – krzyknął w którymś momencie Sean. Yes, bitch, we are ready.
Missy Elliott

Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że kocham ją nade wszystko. Że muzyka jej i Timbalanda to soundtrack mojego życia. Że czekałam na nią z wypiekami na twarzy. Ale mogę też przyznać, że niestety, zawiodła mnie. Piękne podczas tego koncertu były niestety tylko momenty. Momenty to mogą serwować Kaiser Chiefs, a Missy jest zajebista od początku do końca i czekałam na coś zajebistego od początku do końca. Niestety. Missy była chora, coś tam pogadala, trzy razy zaczynała tę samą piosenkę, przebierała się, piła wodę (?), znowu gadała, znowu coś tam puściła, znowu gadała. Najbardziej wkurwił mnie fakt, że kiedy już zaczynała piosenkę, to dojeżdżała góra do pierwszej zwrotki i kończyła. Missy, what’s wrong? Oczywiście, że zobaczenie jej na własne oczy było niezwykłym przeżyciem. Oczywiście, że wszystkie teksty wywrzeszczeliśmy z Kamilem najgłośniej z publiki. Oczywiście, że się wzruszyłam – chociażby wtedy, kiedy z głośników znów popłynął anielski glos Aaliyah. Oczywiście, że słodkie i urocze było, kiedy Melisa usiłowała powiedzieć ‘siema’, czy ‘złoty’, a publika dzielnie jej pomagała. Oczywiście, że Missy to królowa hip-hopu i nawet gdyby tylko wyszła na scenę i pierdła, to nic by tego faktu nie zmieniła. Liczę na jej koncert w Polsce, może kiedy będzie w lepszej formie, to da nam to, na co jako fani zasłużyliśmy. Ach. I brawa dla tancerzy. Byli niesamowici. Tylko, że ja nie przyszłam na pokaz tańca.
Prodigy
Niestety, opuściłam ten koncert, chociaż bardzo lubię twórczość panów z P.
Podsumowując, muzycznie wielkie plus, dziękujemy za fajerwerki, wkurzamy się za brak autobusów nocnych, pozdrawiamy kołkowych sanitariuszy.
Z tego miejsca jeszcze raz ogromne podziękowania dla mojej Mai, Jezusa Sosage aka Benjiego, Andrzeja, Pauliny, Kamila, Beatki, Michaela, Ilony, Gosi, Kasi i wszystkich niezwykłych sympatycznych ludzi, których Czarny Bóg postawił nam na drodze. To był wyjazd mojego życia, lepiej być nie mogło.
Cheers.